piątek, 21 października 2011
nightmares.
Skaczące myśli usypiają w Twoim uścisku i kolejnych papierosach, które gasną nam naprzemiennie.
Szybko zasypiam, tworząc sobie kolejną wieczność, po czym budzę się w przeraźliwym krzyku.
"Jestem, połóż się, przytulę Cię."
Jeszcze robię parę nerwowych skrętów tułowia, po czym zasypiam, beznamiętnie wyszukując Ciebie dłońmi, w każdym ze snów.
Ale tam Cię nie ma.
Leżysz tuż obok i odstraszasz odważnie wszystkie potwory z moich szuflad.
Kocham Cię.
wtorek, 18 października 2011
everything seems to be alright.
Modlę się, by ciemnowłosa, jak nasze myśli noc zajęła się tym dniem.
A później poranek wyciągnął z siebie inną, jednak przeciętną noc.
I znowu będziesz i będzie jak wczoraj.
A moje obrzydliwie wyschłe usta zatańczą znowu z Twoimi obojczykami,
a za suche dłonie z pozjadanymi paznokciami wygładzą kark
i dotkniemy się biodrami, a Ty się tak cudownie śmiejesz.
Ale to wszystko stanie się wtedy, kiedy strach
zatoczy koło i tym razem nie usiądzie na moich niewidocznych ramionach.
Może nas obserwować, podziwiać jak nam wspaniale.
Jednak to niemożliwe, kiedy on wplątał się w moje włosy i ich nie opuszcza.
Twoje ramiona, Twoje oczy, Twój głos, ani Twoje bycie
nie są w stanie go wyprosić.
Ty niezdarnie myślisz, że znów coś źle, że Ty, że że że, ale to ja.
Trywialny płacz, że nie tamta z wczoraj, obiecałam Ci być taka na zawsze
wiem
ale zabrakło słów i umysłu by pomieścić zgodę na strach i zwykłą miłość z Tobą.
Everytime I look in your eyes
it starts healing
środa, 12 października 2011
the hill
Podobno śpię, a jednak źrenice szaleją pod powiekami, a łokcie podpierają na skrzypiącej wersaleczce to ciało.
Podobno żyję, a jednak czuję się martwa.
I szminka wciąż się rozciera na zbyt suchych wargach, które wciąż pękają i wydalają z siebie ostatnie hafty żywej, pędzącej na oślep krwi.
Podobno umiem mówić, jednak żadnych słów nie pamiętam.
Mam jeszcze ciepłe uda, które chętnie Cię przytulą, jestem w porządku i porozklejanych ciał, już od dawna się nie lękam. Wręcz przeciwnie.
Jednak jestem taka biedna, nie stać mnie na gesty i uczucia.
Nic nie widać po nas, uśmiechamy się i oddzielamy noce od dni. To po tych jaskrawych kolorach, albo po braku ich wiem, kiedy czas zawiązać sznureczki na nadgarstkach i kostkach i ładnie zatańczyć dla mojej słodkiej publiczności.
I jestem martwa, mimo, że każą żyć.
Podobno żyję, a jednak czuję się martwa.
I szminka wciąż się rozciera na zbyt suchych wargach, które wciąż pękają i wydalają z siebie ostatnie hafty żywej, pędzącej na oślep krwi.
Podobno umiem mówić, jednak żadnych słów nie pamiętam.
Mam jeszcze ciepłe uda, które chętnie Cię przytulą, jestem w porządku i porozklejanych ciał, już od dawna się nie lękam. Wręcz przeciwnie.
Jednak jestem taka biedna, nie stać mnie na gesty i uczucia.
Nic nie widać po nas, uśmiechamy się i oddzielamy noce od dni. To po tych jaskrawych kolorach, albo po braku ich wiem, kiedy czas zawiązać sznureczki na nadgarstkach i kostkach i ładnie zatańczyć dla mojej słodkiej publiczności.
I jestem martwa, mimo, że każą żyć.
czwartek, 6 października 2011
oh i know
Ręce wyczuwające zamiast Ciebie, kawałek wytartego koca.
Zgasły wszystkie piętra, widać tylko powykrzywiane cienie drzew i żar tytoniowy.
Zimność, jesień cyrkuluje przestrzeń.
Balkon maleńki, ale nasz. Wybieram między nim, a pokojem pełnym dusz.
Mam za wiele miejsca dla samej siebie, źle to wygląda. Brak tu analogi.
Nie rozumiem tego, w jaki sposób Cię kocham.
Nie rozumiesz jak mi brakuje wszystkiego.
Torsje do wewnątrz wraz z tym, co ukrywam, gdy słyszę, że znów
i znów i znów i znów
usnę szybko z obietnicami danej sobie samej, że rano pod opuszkami będzie Twój tors.
Boże, spraw aby ludzie utracili zdolność przywiązywania mnie do siebie..
Zgasły wszystkie piętra, widać tylko powykrzywiane cienie drzew i żar tytoniowy.
Zimność, jesień cyrkuluje przestrzeń.
Balkon maleńki, ale nasz. Wybieram między nim, a pokojem pełnym dusz.
Mam za wiele miejsca dla samej siebie, źle to wygląda. Brak tu analogi.
Nie rozumiem tego, w jaki sposób Cię kocham.
Nie rozumiesz jak mi brakuje wszystkiego.
Torsje do wewnątrz wraz z tym, co ukrywam, gdy słyszę, że znów
i znów i znów i znów
usnę szybko z obietnicami danej sobie samej, że rano pod opuszkami będzie Twój tors.
Boże, spraw aby ludzie utracili zdolność przywiązywania mnie do siebie..
Subskrybuj:
Posty (Atom)