sobota, 27 sierpnia 2011


Wystukujesz rytm oddechem, cisza po woli zamienia się w korkociąg do otwierania czasu.
Myśli chowają się w kontach zwymyślane, przed powietrzem.
Siedzę przy stole z potłuczoną szklanką, gryzę raz szkło raz ścianę.
Niekaloryczny strach przed rozprostowaniem nóg, że coś je pożre.
Siedzę z sinymi łokciami, pamięć nie daje mi odpoczywać.
Ciągle strach i mocz, cierpki śmierdzący mocz, pod sobą bo czasem nawet boję się wstać do łazienki.
Mija dzień, drugi, miesiąc, sześć, dziesięć.
Smród, wymioty, pusty stół, podkulone nogi ze mną na krześle i czasem słońce, czekamy ze strachem na kolejną jesień.
Mimo, że wszystko wyklucza wszystko.


środa, 17 sierpnia 2011

calm in soul.


Opowiedz mi o tych wszystkich momentach ogromnego zwątpienia, znam je na pamięć, jakby to były Twoje rysy. Wygrawerowałam na Twoim podbródku inicjały, chyba ją znasz. Tak mocno nikt Cię jeszcze nie trzymał przy życiu. Na pewno znasz, pamiętasz, jednak nie starasz się tym żyć. Mówisz, że brakuje Ci normalności, ja chcę wracać zbyt daleko, po co wracać. Nie wygodnie dawać więcej. Noc zajada nam powieki, mijamy się, mijamy. Uczucia kuleją, mówią XXI wiek, nie wierzę już w czas, nie wierzę.
Czas dygoce na brzegach filiżanek, z którymi się zderzają nasze puste wargi.
Umieramy, umieramy, zobacz. Jednak coś mocno przywarło nas, to czas.
I bywają miedzy nami lepsze dni, jak ten.



I ty to wiesz, i ja to wiem, że nigdy dość tych nocy.